Z ciekawymi artykułami na gazeta.pl jest trochę tak, jak z wygraną w Lotto – ktoś tam kiedyś coś przeczytał, ale samemu to jakoś tak trudno. I rzeczywiście, w moim subiektywnym, no nie innym, odczuciu, poziom tegoż portalu informacyjnego spadł na łeb, na szyję. Ale i tak co dzień wchodzę, bo śledzenie RSSów to zabójstwo dla nas i naszego czytnika – a nuż się coś trafi.
I dziś, w przerwie między ACTA a Unią fiskalną, pewnie komuś niechcący wrzuciło się na główną, na specjalne miejsce w topie, dziennikarskie coś, co z pozoru może wyglądać jak ciekawy artykuł, trochę jak wstęp polskiego młodego pisarza o niespełnionej miłości, pozaniu przez wirtu@lną sieć, a trochę jak nieudolne dziennikarskie śledztwo. Ja sam nie mam pewności, mimo że przeczytałem całość 2 razy.
Pewien dziennikarz więc, z Polsatu, poznał bardzo atrakcyjną, ze zdjęć oraz z pozycji zawodowej, osóbkę, która w TVN pracować niby miała. Nalegał i zapraszał na spotkanie, bo w jego typie on był jej, i w relacji odwrotnej również pewnie. Historia kończy się skasowanym kontem na Facebooku, dochodzeniem któż to był i dlaczego to robił. Bo okazuje się, że Magdy, co ma w papierach właśnie Magdę wpisaną, nie Magdalenę, jak mogłoby się wydawać, nigdy nie było. Ani w TVN, ani w ogóle zapewne. Ale jak to tak? – Miała zdjęcia, miała znajomych ze stacji i branży, miała wszystko, co mogłoby powodować pojawienie się uczuć między dziennikarzem stacji konkurencyjnej – informacje.
Okazuje się, że ze zdziwieniem dziennikarz tenże tu opisywany, doszedł do wniosku, że w sieci nic nie jest pewne. I wniosek byłby dobry i słuszny, i pochwalić go można byłoby, gdyby nie to, że historia ta przecież sama w sieci ukazała się. I co – wierzyć w nią mamy, czy w stylu dziennikarza-amanta zwątpić i poddać w wątpliwość?
A może zamiast tego wszystkiego poprzeglądać zdjęcia Magdy, która Magdą nie była a Paulą, która wdzięcznie dla pewnej fotografki przed obiektywem się prężyła? Zdecydowanie warto, polecam.