Błażej Stokwisz

Schizofrenia bezobjawowa.
Jan 26, 2012

Z ciekawymi artykułami na gazeta.pl jest trochę tak, jak z wygraną w Lotto – ktoś tam kiedyś coś przeczytał, ale samemu to jakoś tak trudno. I rzeczywiście, w moim subiektywnym, no nie innym, odczuciu, poziom tegoż portalu informacyjnego spadł na łeb, na szyję. Ale i tak co dzień wchodzę, bo śledzenie RSSów to zabójstwo dla nas i naszego czytnika – a nuż się coś trafi.

I dziś, w przerwie między ACTA a Unią fiskalną, pewnie komuś niechcący wrzuciło się na główną, na specjalne miejsce w topie, dziennikarskie coś, co z pozoru może wyglądać jak ciekawy artykuł, trochę jak wstęp polskiego młodego pisarza o niespełnionej miłości, pozaniu przez wirtu@lną sieć, a trochę jak nieudolne dziennikarskie śledztwo. Ja sam nie mam pewności, mimo że przeczytałem całość 2 razy.

Pewien dziennikarz więc, z Polsatu, poznał bardzo atrakcyjną, ze zdjęć oraz z pozycji zawodowej, osóbkę, która w TVN pracować niby miała. Nalegał i zapraszał na spotkanie, bo w jego typie on był jej, i w relacji odwrotnej również pewnie. Historia kończy się skasowanym kontem na Facebooku, dochodzeniem któż to był i dlaczego to robił. Bo okazuje się, że Magdy, co ma w papierach właśnie Magdę wpisaną, nie Magdalenę, jak mogłoby się wydawać, nigdy nie było. Ani w TVN, ani w ogóle zapewne. Ale jak to tak? – Miała zdjęcia, miała znajomych ze stacji i branży, miała wszystko, co mogłoby powodować pojawienie się uczuć między dziennikarzem stacji konkurencyjnej – informacje.

Okazuje się, że ze zdziwieniem dziennikarz tenże tu opisywany, doszedł do wniosku, że w sieci nic nie jest pewne. I wniosek byłby dobry i słuszny, i pochwalić go można byłoby, gdyby nie to, że historia ta przecież sama w sieci ukazała się. I co – wierzyć w nią mamy, czy w stylu dziennikarza-amanta zwątpić i poddać w wątpliwość?

A może zamiast tego wszystkiego poprzeglądać zdjęcia Magdy, która Magdą nie była a Paulą, która wdzięcznie dla pewnej fotografki przed obiektywem się prężyła? Zdecydowanie warto, polecam.

Jan 7, 2012

Gdybym miał sobie przypomnieć, czego używałem, żeby trochę poukładać sobie w głowie, musiałbym wymieniać naprawdę sporo. Raczej nie ze względu na to, że lubię testować, lecz po prostu mam dość duży w niej bałagan. A jak do tej pory, żadne narzędzie nie sprawdziło się na dłuższą metę.

Przypominam sobie czasy, gdy Internet był w naszym kraju luksusem. Wtedy zacząłem eksperymentować z .log na początku notatnika. Mogło to udawać pamiętnik, dziennik, taki offline blog. Choć oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem czym jest blog.

Potem, tak na szybko, był blog.pl, jakieś słodkie blogi na anonimowych platformach, aż wreszcie dotarłem do joggera — około roku 2006. To było to — społeczność, możliwości konfiguracyjne, bot Jabberowy i, najważniejsza, strona główna. Lata mijały, jogger stał w miejscu, dokładnie w tym, w którym stoi i dziś, społeczności ubywało, raz skonfigurowany blog nie był później już ruszany. No i dane, notki produkowane w pocie czoła — dlaczego miałem narażać się na ich utratę wraz z wybuchem pożaru w serwerowni, dlaczego miałem powierzać je w opiekę bezduszny robotom z silnia joggera?

Kolejnym krokiem w podróży blogowej był już WordPress na swoim. Pisałem, sprawiało mi to radość, ale ciągle było coś, co mnie nie przekonywało. Coś, czego przez te wszystkie lata, od momentu pisania w notatniku, nie mogłem nigdzie znaleźć. Prostotę.

Aż wreszcie jestem tu. Na swoim, bo tekst produkowany mam na dysku. Po prostu, bo piszę w notatniku, synchronizuję i voilà!